środa, 29 lutego 2012

Biały pierścień

Jadąc w niedzielę do teatru (wyjątkowo na powierzchni, a nie metrem), miałam możliwość obserwowania akcji promującej wolne wybory. Odniosłam wrażenie, że ludzie po prostu dobrze się bawili., wymachując białymi wstążeczkami. Nie było tamowania ruchu i wkurzania kierowców (a niech protestują, tylko nie na mojej trasie!). Nie było śladu agresji, żadnych gwałtownych wezwań, tylko radość i poczucie humoru. I nawet policji nie bardzo było widać.
Naklejka na samochodzie zawiera nieprzetłumaczalną grę słów: прокатить znaczy przewieźć, ale też: wyrolować. 

wtorek, 28 lutego 2012

Domek z kart

Zaledwie kilka dni po moim poście o architekturze zawalił się cały segment w bloku w Astrachaniu.
Uratowało się - na chwilę obecną - 26 osób, znaleziono 5 ciał, poszukiwanych jest jeszcze 5 osób. Być może uda się kogoś jeszcze odnaleźć żywego - nie jest strasznie zimno, a ci, którzy uciekali zaraz po wybuchu pewnie zdążyli zarzucić jakiś płaszcz czy kurtkę.

Tu był prawdopodobnie zwykły gaz, ludzka nieostrożność, media donoszą o samobójcy.

A w Moskwie... bez większych problemów można się dostać do jakiejś piwniczki, w środku nocy, kiedy wszyscy śpią, i wysadzić w powietrze kilkaset osób. Metro, dworce, lotniska są pilnowane. Pewnie pilnowanie to ma bardziej wartość psychologiczną, niż realną, ale policja i ochrona są widoczne. A tysiące bloków...

poniedziałek, 27 lutego 2012

Teatrium na Serpuchowce

Ponieważ odwiedziła nas Babunia, a poza tym wiosna się zbliża (w tym tygodniu najniższą zapowiadaną temperaturą w dzień będzie -8), nabrałyśmy sił i energii do weekendowych wyjść. Zmiana ta w przyjemny sposób skorelowała się ze spektaklem dla dzieci, który nie rozpoczynał się w samo południe (zajęcia Młodej nie pozwalają na wyjścia w samo południe). 
Obejrzałyśmy więc wyśmienite przedstawienie oparte na "Krzesiwie" Andersena w teatrze Teresy Durowoj. Do decyzji przekonały mnie doskonałe recenzje na portalu osd.ru, bo nieufnie odnoszę się do sztuk, na które w przeddzień dostępne są bilety. Nie żałowałyśmy, i wszystkie trzy: ja, Babunia i Młoda - wspaniale się bawiłyśmy. Byłam zaskoczona, jak z takiej - nudnej w sumie  - baśni można zrobić żywiołowy, radosny, żartobliwy musical.
A w foyer pracowali animatorzy, którzy zabawiali dzieci, kiedy rodzice stali w kolejce do bufetu czy do toalety.
www.durova.ru

Było fajnie.
Gorąco polecam.

czwartek, 23 lutego 2012

Architektura socjalistyczna i postsocjalistyczna


A z tymi "projektami typowymi" to jest tak. Wiemy, że istnieją stalinki, solidne i eleganckie. Występują w ośmiu rodzajach, maksymalna wysokość to 7 pięter (i to tylko w Moskwie). Wygodne i dobrze zaprojektowane mieszkanie w budynku z lat pięćdziesiątych w dobrym stanie to dziś fortuna. Trzyipółmetrowe sufity, wielkie widne kuchnie, stolarka, która do dziś nie wymaga wymiany, cegła.


www.demotivators.ru
Znamy też chruszczowki, które miały "tymczasowo" zlikwidować problem braku mieszkań. Występują w dwudziestu wariacjach, o maksymalnej wysokości 9 pięter (jednak zdecydowana większość miała 4). Wszystkie przeznaczone były do rozbiórki po max. 20 latach i faktycznie zostało ich już niewiele... Znamienne były przykłady, kiedy na pytanie o godzinę odpowiadał sąsiad zza ściany. Nie mają dziś żadnej wartości rynkowej, poza jednym niewątpliwym plusem: właściciele mikroskopijnych kliteczek są przesiedlani do zupełnie nowych budynków, kiedy buldożery zabierają się za relikty przeszłości. Budowano je do 1974 roku, w Moskwie jednak zaprzestano ich produkcji już w roku 1960, kiedy okazało się - po raz pierwszy w historii radzieckiej urbanistyki - że brakuje powierzchni miejskiej. Rozszerzono więc granice stolicy do MKADu, i fabryki domów wraz z architektami twórczo przeformatowały wynalazek wielkiej płyty.



Powstały breżniewki, o minimalnej wysokości 8 pięter, i, w zależności od typu, do 22. Podgatunków breżniewek jest ponad trzydzieści, a niektóre stawiano jeszcze w 2003 roku. Mają windy (często po dwie na klatkę schodową), zsypy, loggie. Zajmują ogromne przestrzenie przerażających identycznych labiryntów o pokręconej numeracji. Runet roi się od stron, które podpowiadają, jak przesuwać ścianki działowe, żeby wygospodarować dodatkowe pomieszczenie, lub - odwrotnie - żeby cztery pokoiczki po osiem metrów każdy zamienić w obszerne studio. Typowa wysokość mieszkań - od 2,49 do 2,63, projekty maksymalnie funkcjonalne, bez udziwnień, do szybkiej produkcji z płyt lub bloczków. Domy dla VIP też budowano wg jednego projektu, ale z cegły.

Wielkiej płyty używa się intensywnie do dziś (nowostrojki - czyli właśnie postawione - pewnie nazwie się je kiedyś putinkami...), z tym, że od dziesięciu co najmniej lat gotowe projekty nie uznają budynków niższych, niż 15 pięter. Osiedla wyglądają całkiem ładnie - być może dlatego, że są jeszcze nowe, a architekci poszli po rozum do głowy i loggi nie trzeba już zabudowywać własnym sumptem. Bo przecież te 1,5 metra balkonu to bardzo cenna powierzchnia i musi zostać przeszklona...

A tak w ogóle, mimo iż fascynują mnie wielkopłytowe osiedla rosyjskie i często robię im zdjęcia, okazało się, że nie mam z nimi żadnego albumu na picasie. Będę musiała zrobić sobie solidny spacerek...

środa, 22 lutego 2012

Tam, gdzie motyle nie dolatują...

.. bo za krótko żyją, a fale radiowe pętle mają - tam właśnie zagoniło nas jedno z zainteresowań Młodej. O stopniu zadupiastości może świadczyć fakt, że pozostając w granicach MKADu trzeba było jeszcze od metra jechać 15 minut autobusem albo marszrutką. Paskudna pogoda (my tu do wczoraj mieliśmy cały czas -10, a słoneczko nas nie rozpieszczało) pogłębiała jeszcze poczucie końca świata.

Już stacja metra (Prażskaja) sugerowała, czego się mamy spodziewać. Wybudowana w 1985 roku przez Czechosłowaków sprawia wrażenie siermiężności, aspirującej do luksusu. Osiedle, które było naszym celem, zaczęto budować w drugiej połowie lat siedemdziesiątych, zdaje się, ze wg typu И-522a. Projekty tego okresu były niegłupie, pamiętano o szkołach, przychodniach i usługach, mieszkania stosunkowo nieduże, acz wygodne, tylko... jak opowiada historia z filmu "Szczęśliwego nowego roku" (Ирония судьбы или с легким паром) z 1975 roku właśnie... można było trafić po pijaku do innego miasta, wymamrotać taksówkarzowi swój adres, zostać pod niego zawiezionym, wejść do mieszkania i otworzyć go własnym kluczem - i nie zorientować się w stanie lekkiego upojenia, że coś się tu nie zgadza...



wtorek, 21 lutego 2012

Dzień obrońcy Ojczyzny

My, baby znaczy, mamy 8 marca. Faceci rosyjscy też mają swój dzień, albowiem każdy służył w wojsku (przynajmniej teoretycznie każdy) i może się zaliczyć w poczet obrońców Ojczyzny. Ich święto przypada 23 lutego, i panowie dostają wtedy prezenty, tudzież laurki, od żon, sióstr i córek. W produkcję laurek zaangażowane są placówki edukacyjne, prowadząc przy okazji wychowanie patriotyczne.
Zdaje się, że mimo niewątpliwych osiągnięć na tym polu (pierwsza strona okładki laurki - to ta po prawej - utrzymana w barwach unijnych, z flagą biało-czerwoną), musimy jednak nieco popracować (elementy symbolizujące przyjaźń polsko-radziecką). 

Nie jestem pewna, co robić z orłem. To, że łeb ma nie w tą stronę to pikuś (Młoda ma kłopoty z określaniem relacji przestrzennych). Orzeł ma upierzenie właściwego koloru i koronę o odpowiednim kształcie, tyle tylko, że... wzbogacił się o insygnia władzy z godła rosyjskiego. Khm, dobrze to, czy nie bardzo?

poniedziałek, 20 lutego 2012

Coś dla ekspatów i nie tylko

AEB regularnie publikuje fajną książeczkę, która zawiera odpowiedzi na większość FAQ zadawanych przez tych, którzy otrzymali Propozycję Nie Do Odrzucenia i przeprowadzają się służbowo do dzikiej krainy mrozu, wódki i niedźwiedzi. Lektura sporo rzeczy wyjaśni, i Rosję maluje nie tak strasznie, jak wyobraźnia przeciętnego obcokrajowca :)

Jeśli chcecie - przeczytajcie.

czwartek, 16 lutego 2012

Matrioszki King Size

W eleganckim Moscow City, czyli zespole urbanistycznym składającym się niemal wyłącznie z drapaczy chmur (i wciąż jeszcze niedokończonym) musiała powstać galeria handlowa. Taka typowa VIP galeria, w której, rzecz jasna, można znaleźć też sieciówki typu Zara i Gap, i, na przykład, McDonald's, ale większy nacisk kładzie się na bardziej luksusowe marki. I całość jest taka bardziej "glamurna", jak kryształek Swarovskiego.. I ludzi stosunkowo niewiele.
Galeria nazywa się AfiMall i mieści się nad stacją metra Vystavochnaya. Jeśli komuś zdarza się bywać w Ekspocentrum na targach, to to jest dokładnie vis-a-vis hal wystawienniczych. Wielce przyjemne miejsce (VIP-sklepy, nie hale), przyjazne dzieciom: można zostawić bachory w jednym z dwóch centrów rozrywki dziecięcej i udać się na zakupy albo do kina na czwartym poziomie, można też wsadzić je do kącika zabaw w kawiarni i plotkować sobie radośnie poza zasięgiem gumowych uszu.
A najfajniejsze w tej świątyni konsumpcjonizmu są megamatriochy na samej górze, pod szklanym, jak w Złotych Tarasach, sufitem. I dla nich samych warto zobaczyć to miejsce.

środa, 8 lutego 2012

Technokracja

Ponieważ bunt Anarchistki przybrał wysoce niepokojące formy, Anarchistka została wszechstronnie przebadana i zdiagnozowana. Okazuje się, że jednak nie jestem niewydolna wychowawczo :)

Anarchistka została zaopatrzona w pudełeczko z dużą ilością przegródek, w których będzie trzymać swoje lekarstwa - a ma ich tyle, co rencista w podeszłym wieku. Po czterech, góra sześciu tygodniach będę miała pogodne, wesołe, posłuszne dziecko, które na dodatek pięknie pisze, starannie wycina i w ogóle wysuwa się na prowadzenie w szkole. Tak tak, te cudowne tabletki pomogą również na dysgrafię, o którą Młoda jest podejrzana.

Ojciec Anarchistki określił to jako technokratyczne podejście do zaburzeń behawioralnych.
Bardzo, bardzo jestem ciekawa, czy okaże się ono skuteczne. Przekonam się pod koniec marca...

P.S. (z 14 lutego) Po tygodniu brania leków - a Młoda jeszcze nie doszła do pełnych dawek - praktycznie znikły objawy AZS. Dzieciak się nie drapie i nie budzi w nocy co godzinę. Hmmm.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Źródła odwiedzin

Z analizy czytelnictwa mojej tfurczości wnioskuję, że zagląda tu regularnie mój dłużnik. 

Informuję o tym publicznie, żeby ci, co wiedzą "o tso chodzi" mieli świadomość, że sprawa nie została załatwiona. Wyłączyłam jednak komentarze w tym poście i będę usuwać dyskusje na ten temat w postach sąsiednich. Mam nadzieję, że pan ów skontaktuje się ze mną osobiście - najlepiej na żywo, czynnie, a nie wyłącznie deklaracyjnie, i uprzedzając mnie dopiero pod moją furtką - być może fatum nad nim ciążące nie zdąży go złapać na monitorowanym przez "konsjerża" terenie. W razie czego poproszę ciecia, żeby odebrał należność, zanim zadzwoni po karetkę... 

W całej sprawie najbardziej dotyka mnie nie fakt utracenia przedmiotu pożyczki, ale bardzo bolesne nadużycie mojego zaufania i załamanie mojej wiary w ludzi. Matactwa organicznie nie znoszę.

niedziela, 5 lutego 2012

Lubię zimę do pewnego stopnia.... Celcjusza

Ciepło się zrobiło. Zresztą, sami się za jakiś tydzień przekonacie, że -10 to ciepło. Wychodzisz z domu i cię nie zatyka, ulice i chodniki pokrywa błoto pośniegowe (tutejsza chemia do jezdni jest naprawdę skuteczna), mokro. Tylko że razem z wyższą temperaturą przyszła wilgoć, która sprawia, że to ciepło jest... przejmujące. I o ile wczoraj spokojnie sobie szłam do pubu (z buta, 20 minut) w wełnianej mini i płaszczu i spokojnie gadałam po drodze przez komórkę, trzymając ją gołą ręką przy -18, to dzisiaj w dżinsach, puchówce i rękawiczkach zmarzłam, choć było o 8 stopni cieplej.

Mróz trzymał jakieś 2 tygodnie, jeszcze we wtorek będzie koło dwudziestu i to byłby koniec groźnej zimy. Reszta będzie przyjemna...

piątek, 3 lutego 2012

Co ze mnie za matka

Anarchistka, głodna i na wszelki wypadek manifestująca rozczarowanie po bardzo fajnym wydarzeniu, wykrzyczała mi w windzie:

- Bo ty tylko dbasz, żebym się dobrze uczyła i była dobrze wychowana, a moje przyjemności masz w nosie!

Prowadziłyśmy już jakiś czas temu rozmowy na temat wyższości ukochanego wujka nad matką (wiesz co, mama, oni jeszcze nie mają dzieci, a ty sobie nieźle dajesz radę z takimi malutkimi - to może uródź sobie nowego dzieciaka, a mnie oddaj wujowi), kiedy to tłumaczyłam, że wyższość ta wynika z obowiązku wychowania, ciążącego na rodzicach, i przyjemności rozpieszczania, z której korzysta Najwyższy Autorytet. 

Ta to zawsze potrafi odwrócić kota ogonem!
Ale wieczorem zmuszona była odszczekać windowe dictum. Schowana w norce, przemyślnie skonstruowanej w kołder i poduszek, opatulona miękkim szlafroczkiem i zaopatrzona w litr świeżo zaparzonej herbaty Earl Grey, czekała na rytualne czytanie książki. Czytanie zdecydowanie należy do przyjemności :)

czwartek, 2 lutego 2012

Watruszki, czyli znów blog kulinarny

Watruszki to niewielkie bułeczki drożdżowe ze słodkim nadzieniem, najczęściej twarogowym. Przepisów jest tyle, co na zupę pomidorową (NB wcale w Rosji nieznaną), a ja zrobiłam je tak:

270 ml mleka i 50 g stopionego masła, a potem 2 łyżki cukru, pół łyżeczki soli i 450 g mąki, i na to paczuszka drożdży instant - wrzuciłam do maszyny do pieczenia chleba i nastawiłam na program wyrabiania ciasta (u mnie trwa 1,5 godziny).
Można też drożdże (można prawdziwe, 30g) rozpuścić z cukrem w ciepłym mleku, poczekać 10 minut, dodać sól, stopione masło i przesiać mąkę, potem wyrobić ciasto, zostawić do wyrośnięcia, lekko zagnieść, znów zostawić na chwilkę.

A potem odrywa się kulki ciasta, wałkuje je, nakłada na nie nadzienie (ja robię z 1/2 kg twarogu, jajka, cukru i rodzynek), formuje kształtne okrągłe bułeczki, układa na blasze "szwem" w dół, smaruje rozbełtanym jajkiem i wydziobuje dziurkę na górze.
A potem się to piecze. I wtedy trzeba koniecznie nastawiać czajnik, bo wszyscy sąsiedzi wywąchają, że to właśnie tutaj podają przepyszne watruszki, i przyjdą, zwabieni czarownym aromatem. Na zimno są w porządku, ale na gorąco... to po prostu niebo w gębie!