czwartek, 16 lutego 2012

Matrioszki King Size

W eleganckim Moscow City, czyli zespole urbanistycznym składającym się niemal wyłącznie z drapaczy chmur (i wciąż jeszcze niedokończonym) musiała powstać galeria handlowa. Taka typowa VIP galeria, w której, rzecz jasna, można znaleźć też sieciówki typu Zara i Gap, i, na przykład, McDonald's, ale większy nacisk kładzie się na bardziej luksusowe marki. I całość jest taka bardziej "glamurna", jak kryształek Swarovskiego.. I ludzi stosunkowo niewiele.
Galeria nazywa się AfiMall i mieści się nad stacją metra Vystavochnaya. Jeśli komuś zdarza się bywać w Ekspocentrum na targach, to to jest dokładnie vis-a-vis hal wystawienniczych. Wielce przyjemne miejsce (VIP-sklepy, nie hale), przyjazne dzieciom: można zostawić bachory w jednym z dwóch centrów rozrywki dziecięcej i udać się na zakupy albo do kina na czwartym poziomie, można też wsadzić je do kącika zabaw w kawiarni i plotkować sobie radośnie poza zasięgiem gumowych uszu.
A najfajniejsze w tej świątyni konsumpcjonizmu są megamatriochy na samej górze, pod szklanym, jak w Złotych Tarasach, sufitem. I dla nich samych warto zobaczyć to miejsce.

środa, 8 lutego 2012

Technokracja

Ponieważ bunt Anarchistki przybrał wysoce niepokojące formy, Anarchistka została wszechstronnie przebadana i zdiagnozowana. Okazuje się, że jednak nie jestem niewydolna wychowawczo :)

Anarchistka została zaopatrzona w pudełeczko z dużą ilością przegródek, w których będzie trzymać swoje lekarstwa - a ma ich tyle, co rencista w podeszłym wieku. Po czterech, góra sześciu tygodniach będę miała pogodne, wesołe, posłuszne dziecko, które na dodatek pięknie pisze, starannie wycina i w ogóle wysuwa się na prowadzenie w szkole. Tak tak, te cudowne tabletki pomogą również na dysgrafię, o którą Młoda jest podejrzana.

Ojciec Anarchistki określił to jako technokratyczne podejście do zaburzeń behawioralnych.
Bardzo, bardzo jestem ciekawa, czy okaże się ono skuteczne. Przekonam się pod koniec marca...

P.S. (z 14 lutego) Po tygodniu brania leków - a Młoda jeszcze nie doszła do pełnych dawek - praktycznie znikły objawy AZS. Dzieciak się nie drapie i nie budzi w nocy co godzinę. Hmmm.

poniedziałek, 6 lutego 2012

Źródła odwiedzin

Z analizy czytelnictwa mojej tfurczości wnioskuję, że zagląda tu regularnie mój dłużnik. 

Informuję o tym publicznie, żeby ci, co wiedzą "o tso chodzi" mieli świadomość, że sprawa nie została załatwiona. Wyłączyłam jednak komentarze w tym poście i będę usuwać dyskusje na ten temat w postach sąsiednich. Mam nadzieję, że pan ów skontaktuje się ze mną osobiście - najlepiej na żywo, czynnie, a nie wyłącznie deklaracyjnie, i uprzedzając mnie dopiero pod moją furtką - być może fatum nad nim ciążące nie zdąży go złapać na monitorowanym przez "konsjerża" terenie. W razie czego poproszę ciecia, żeby odebrał należność, zanim zadzwoni po karetkę... 

W całej sprawie najbardziej dotyka mnie nie fakt utracenia przedmiotu pożyczki, ale bardzo bolesne nadużycie mojego zaufania i załamanie mojej wiary w ludzi. Matactwa organicznie nie znoszę.

niedziela, 5 lutego 2012

Lubię zimę do pewnego stopnia.... Celcjusza

Ciepło się zrobiło. Zresztą, sami się za jakiś tydzień przekonacie, że -10 to ciepło. Wychodzisz z domu i cię nie zatyka, ulice i chodniki pokrywa błoto pośniegowe (tutejsza chemia do jezdni jest naprawdę skuteczna), mokro. Tylko że razem z wyższą temperaturą przyszła wilgoć, która sprawia, że to ciepło jest... przejmujące. I o ile wczoraj spokojnie sobie szłam do pubu (z buta, 20 minut) w wełnianej mini i płaszczu i spokojnie gadałam po drodze przez komórkę, trzymając ją gołą ręką przy -18, to dzisiaj w dżinsach, puchówce i rękawiczkach zmarzłam, choć było o 8 stopni cieplej.

Mróz trzymał jakieś 2 tygodnie, jeszcze we wtorek będzie koło dwudziestu i to byłby koniec groźnej zimy. Reszta będzie przyjemna...

piątek, 3 lutego 2012

Co ze mnie za matka

Anarchistka, głodna i na wszelki wypadek manifestująca rozczarowanie po bardzo fajnym wydarzeniu, wykrzyczała mi w windzie:

- Bo ty tylko dbasz, żebym się dobrze uczyła i była dobrze wychowana, a moje przyjemności masz w nosie!

Prowadziłyśmy już jakiś czas temu rozmowy na temat wyższości ukochanego wujka nad matką (wiesz co, mama, oni jeszcze nie mają dzieci, a ty sobie nieźle dajesz radę z takimi malutkimi - to może uródź sobie nowego dzieciaka, a mnie oddaj wujowi), kiedy to tłumaczyłam, że wyższość ta wynika z obowiązku wychowania, ciążącego na rodzicach, i przyjemności rozpieszczania, z której korzysta Najwyższy Autorytet. 

Ta to zawsze potrafi odwrócić kota ogonem!
Ale wieczorem zmuszona była odszczekać windowe dictum. Schowana w norce, przemyślnie skonstruowanej w kołder i poduszek, opatulona miękkim szlafroczkiem i zaopatrzona w litr świeżo zaparzonej herbaty Earl Grey, czekała na rytualne czytanie książki. Czytanie zdecydowanie należy do przyjemności :)

czwartek, 2 lutego 2012

Watruszki, czyli znów blog kulinarny

Watruszki to niewielkie bułeczki drożdżowe ze słodkim nadzieniem, najczęściej twarogowym. Przepisów jest tyle, co na zupę pomidorową (NB wcale w Rosji nieznaną), a ja zrobiłam je tak:

270 ml mleka i 50 g stopionego masła, a potem 2 łyżki cukru, pół łyżeczki soli i 450 g mąki, i na to paczuszka drożdży instant - wrzuciłam do maszyny do pieczenia chleba i nastawiłam na program wyrabiania ciasta (u mnie trwa 1,5 godziny).
Można też drożdże (można prawdziwe, 30g) rozpuścić z cukrem w ciepłym mleku, poczekać 10 minut, dodać sól, stopione masło i przesiać mąkę, potem wyrobić ciasto, zostawić do wyrośnięcia, lekko zagnieść, znów zostawić na chwilkę.

A potem odrywa się kulki ciasta, wałkuje je, nakłada na nie nadzienie (ja robię z 1/2 kg twarogu, jajka, cukru i rodzynek), formuje kształtne okrągłe bułeczki, układa na blasze "szwem" w dół, smaruje rozbełtanym jajkiem i wydziobuje dziurkę na górze.
A potem się to piecze. I wtedy trzeba koniecznie nastawiać czajnik, bo wszyscy sąsiedzi wywąchają, że to właśnie tutaj podają przepyszne watruszki, i przyjdą, zwabieni czarownym aromatem. Na zimno są w porządku, ale na gorąco... to po prostu niebo w gębie!


poniedziałek, 30 stycznia 2012

Ogłoszenie parafialne

Tak jak rok temu, Ambasada urządza bal dla polonijnych dzieci. Podkreślam - polonijnych, ale ekspatowe też mogą przyjść :) Bal będzie 11 lutego o godz. 13.00, dobrze przynieść własne ciasto/przegryzki/owoce/soki, i, oczywiście, karnawałowe stroje. Jeśli kogoś interesuje, jak się zapisać, piszcie na kocianna na gazeta.pl, to powiem, gdzie trzeba do 8 lutego wysłać emalkę.