sobota, 2 czerwca 2012

Obrazki z Ałmaty 2


W menu większości restauracji jest konina i kumys. Rosyjska kuchnia wymieszana ze środkowoazjatycką (okroszka na ajranie, solianka z koniną, pielmieni z dynią).


Ścisłe centrum. Regularna kratownica ulic. Eleganckie ogródki kawiarni, szyldy znanych międzynarodowych sieci handlowych. Mercedesy i beemki zaparkowane pod teatrami i filharmonią. Z konserwatorium donoszą się dźwięki strojonej orkiestry. Śliczne dziewczyny paradują na obcasach wysokich jak w Moskwie. Przewodnik Lonely Planet: "możesz się poczuć niemal jak w Europie".


Dzielnica willowa - uliczki bez oświetlenia i chodników, znad murowanych czy metalowych parkanów widać zieloną blachodachówkę i talerze anten satelitarnych. Do któregoś płotu przywiązany jest osiodłany koń. 


City - biurowce ze szkła, Ałmaty z lotu ptaka przecięte wielopasmową arterią na starą, biedniejszą część - zapomnianą stolicę - i olbrzymie centrum biznesowe, oparte na petrodolarach.


Góry. 15 minut od centrum samochodem – Medeo, monstrualne sztuczne lodowisko wielkości kilku pełnowymiarowych boisk piłkarskich. 1700 metrów npm. Nad lodowiskiem olbrzymia zapora przeciwlawinowa, nad zaporą – liny kolejki wagonikowej na Czimbulak, uroczystko na wysokośći 2260 m. npm. Tam można przesiąść się na wyciąg krzesełkowy i wznieść się do przełęczy, prawie kilometr wyżej, a stamtąd szusować po kilkunastu trasach zaakceptowanych przez FIS.


Na dole – miasto zasnute dymem, wyżej – czterotysięczniki i granica z Kirgizją. Zimno, gdzieniegdzie jeszcze leży śnieg, ze szczytów wieje mrozem.


Znów centrum, 21.30. Nagle robi się zupełnie ciemno, a ulice pustoszeją dosłownie w jednej chwili. Przestają jeździć autobusy. W dzikiej taksówce siedzi dwóch Kazachów, hotel jest na przedmieściach, wsiadać czy nie wsiadać?


Zasypiam, słyszę zaśpiew muezina, gdzieś w pobliżu jest chyba meczet. Albo i nie w pobliżu, bo w meczecie centralnym muezin wzywa do modlitwy przez mikrofon...


Biurko w hotelu stoi w kącie przy wewnętrznej ścianie. Na nim instrukcja, że w razie czego w tym miejscu trzeba się schować. Głęboka noc. Budzę się. Słychać warkot – czy to przejeżdżające auto, czy lądujący samolot? Drżą szyby w oknach, spadają kosmetyki ze stolika nocnego, budynek faluje.  Mija dłuższa chwila, zanim uświadamiam sobie, że to trzęsienie ziemi, chyba trzeba pod biurko, tylko jak? Jeśli wstanę, to nie utrzymam równowagi... Zanim zdążyłam się przestraszyć, wszystko się uspokaja, tylko na korytarzu słychać rozbawione głosy. W porannych wiadomościach: epicentrum było 150 km stąd, prawie 6 stopni w skali Richtera, do miasta dotarły wstrząsy o sile 4 stopni.


SMS z Polski: czy tam jest przyszłość? (tak oceniamy miasta, w których być może kiedyś chcielibyśmy zamieszkać). Wczoraj odpowiedziałam: tu ważna jest teraźniejszość. Tu i teraz. Herbaty podawanej w czarce nie da się wypić, trzymając gazetę w drugiej ręce. Rozmowa ze znajomym jest ważniejsza od czekającego kontrahenta. Nie trzeba się spieszyć. Dziś... tak, chyba tu jest przyszłość. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz