wtorek, 11 października 2011

James the Chicken

Na Olchonie spędzaliśmy tylko kilka dni, bo czekała na nas w Irkucku Krugobajkałka. Wsiedliśmy więc znów do marszrutki (bilety na nią kupić można było wyłącznie - no jak myślicie - u Nikity - i były o 60 rubli droższe, niż w tę stronę), i z pewnym zdziwieniem spotkaliśmy w niej Walijczyka. Miał na imię James, i poprzedniego wieczoru skarżył się na wioskowe psy, jeden z których złapał go za nogę. James, jak typowy przedstawiciel swojej nacji, zachowywał flegmatyczny spokój w relacji, wynikało więc z niej, że psy nie były ogólnie agresywnie, tylko raczej rozentuzjazmowane babunią, która poganiała krowy, i James capnięty został z radości. Tłumaczył, że ma tylko siniaka na łydce. 
Po pewnym czasie zaczął jednak zadawać dziwne pytania.
Na przykład: "a co wy wiecie o wściekliźnie?"
A potem "a w którym schronisku mieszkacie?"
A potem skonstatował w zamyśleniu: "Chyba powinienem jednak pokazać nogę lekarzowi".
Mieszkaliśmy w innym schronisku, więc pożegnaliśmy się z nim ładnie na dworcu autobusowym w Irkucku, wsadziwszy uprzednio w tramwaj, jadący w złym kierunku, i udaliśmy się szukać naszego noclegu. Okazało się jednakowoż, że mimo wcześniejszych zapewnień, że poza sezonem mają zawsze wolne miejsce, tego dnia akurtat wolnych miejsc nie było. I poradzono nam hostel w centrum.
Jakaż była nasza radość, kiedy na miejscu spotkaliśmy... Walijczyka.
Ale za to jak James się ucieszył! "Ana, Ana, pojedź ze mną do szpitala, prooooooszę, no przecież ja się tam nie dogadam!".
Podobno moja mina była bezcenna.
Zwłaszcza, że James zamierzał wyruszyć natychmiast - a ja zdążyłam tylko zrzucić plecak w przedpokoju schroniska, byłam głodna i brudna.
Izba przyjęć (a raczej trawmpunkt - czyli opatrunki, złamania etc.) w Irkuckim szpitalu nr 3 nie różniła się zbytnio od podobnego przybytku w polskich szpitalach powiatowych. Bieda aż piszczała, ale było czysto i profesjonalnie. Przed nami były tylko dwie osoby, a korytarzem przechodzili tylko ludzie z wiertarkami i glazurą :)
Lekarz spojrzał lekko kpiąco na "ranę", której nie trzeba było traktować nawet wodą utlenioną. A potem stwierdził, że na wypadek, gdyby ten pies był pierwszym wściekłym psem na Olchonie od blisko pół wieku, należy obcego obywatela zaszczepić na wściekliznę. I tężec przy okazji. Aby uniknąć skandalu międzynarodowego. James zzieleniał.
Trzeba było biedaczka trzymać za rączkę (a nawet obie rączki), bo uniemożliwiał pielęgniarce czynienie jej powinności. Potem dostał rozpiskę dotyczącą kolejnych dawek, a potem zasugerowano nam, że jak bardzo chcemy, to możemy zapłacić. Nie umiałam tej sugestii wyjaśnić biednemu Walijczykowi, więc lekarz musiał się obejść bez dodatkowego wynagrodzenia....

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz